Dnia 15.08.2024 wybieram się w Tatry Wysokie celem zdobycia Koprowego Wierchu. Około godziny 4:15 wyruszamy dwuosobową grupą na Słowację, a dokładniej do dobrze mi znanego Szczyrbskiego Jeziora. Droga przebiega szybko i sprawnie. Trochę po godzinie 7:00 docieramy na miejsce. Parkuje na znajomym parkingu, gdzie miałem okazję parkować 3 tygodnie wcześniej i ruszamy w kierunku szlaku czerwonego prowadzącego nad Popradzki Staw.

Po przejściu pod charakterystycznym wiaduktwm skręcamy w prawo i wchodzimy na czerwony szlak. Jest on dziś wyjątkowo zatłoczony.

Podczas relacji z podejścia na Rumińską Przełączkę nie udało mi się uchwycić skoczni narciarskich po lewej stronie. Tym razem już o nich pamiętałem.

Kontynuujemy podejście dobrze znanym mi szlakiem.

Dochodzimy do rozejścia szlaku na tzw. Starą Drogę. Z przyczyn najpewniej naturalnych przed naszymi oczami rysuje się powalony drogowskaz.

Przechodzimy obok skałki, która za każdym razem wzbudza we mnie boulderowe zapędy, ale jednak nigdy nie korzystam z tej okazji.

Chwilę później jeden z moich ulubionych dotychczas tatrzańskich widoków – Dolina Złomisk z czerwonego szlaku i moja niepełna górska duma, czyli wcięcie na prawo charakterystycznego trapezu w oddali. Jest to wspomniana przeze mnie wcześniej Rumińska Przełączka. Czemu niepełna? Ponieważ wolałbym, aby był to Wschodni Szczyt Żelaznych Wrót. Wszystko jednak przede mną.

Przekraczamy piękny Mięguszowiecki Potok i zbliżamy się powoli do rozwidlenia.

Docieramy do Rozdroża przy Popradzkim Stawie. Tutaj drogowskaz nie pozostawia wątpliwości i wiemy, gdzie mamy iść. Ciekawym aspektem jest duża ilość ekwipunku dla nosiczy. Tego dnia nie decyduje się na to przedsięwzięcie, ale w przyszłości na pewno to poczynię. Co ciekawe szelki do tych tobołków są wykonane prawdopodobnie z węża gaśniczego w52.

Wchodzimy na szlak niebieski prowadzący, między innymi, na Koprowy Wierch i Rysy.

Idąc tym słabo zalesionym i przejrzystym szlakiem po lewej stronie mamy widok na Grań Baszt i jej króla – Szatana. W kwestii tego szczytu można zapytać retorycznie – nie czy, a kiedy.

Szlak jest naprawdę przyjemny i dobrze utrzymany. Po drodze spotykamy praktycznie tylko i wyłącznie polaków.

Z okolic mostku na Żabim Potoku Mięguszowieckim można a, nawet trzeba dostrzec majestatyczną Wysoką, która wygląda niczym stożek wulkaniczny. Góra ta ma naprawdę nietypową budowę jak na tatrzańskie standardy.

Obracam i robię klasyczne już dla mnie ujęcie w kierunku przeciwnym do szlaku z perspektywą na Słowację.

Idąc dalej i patrząc na prawo możemy dostrzec Kopę Popradzką.

Od pewnego czasu śledzę uważniej tatrzańską przyrodę, wobec czego zapraszam na kolejną część cyklu – goryczka trójeściowa.

Docieramy do Rozejścia nad Żabim Potokiem. Tutaj musi paść decyzja – Rysy czy Koprowy Wierch. Adept, który mi dziś towarzyszy decyduje się na Koprowy Wierch. Skręcamy zatem w lewo i kontynuujemy marsz.

Podejście jest cały czas podobne.

Po lewej stronie wciąż towarzyszy nam doskonały widok na Grań Baszt.

Na dalszej części szlaku możemy zobaczyć Hlińską Turnię i Koprową Kopę i Dolinę Szatanią u ich podnóża.

Sprawnie pokonujemy zakosy przed piętrem doliny na której znajduje się Wielki Hińczowy Staw.

Z perspektywy zakosów uwagę zwraca ogromny stożek piargowy, który utworzył się w wyników obrywów skalnych z Szataniego Żlebu. Właśnie te obrywy lokalna ludność uważała za „dzieło szatana” stąd też cała diabelska nomenklatura w okolicy.

Wychodzimy na kolejny próg doliny i na pierwszy rzut oka uznaję Wołowiec Mięguszowiecki za naszą destynację, czyli Koprowy Wierch. Z błędu wyprowadza mnie grupa polaków. Tego dnia nie używam map tylko ufam swojej intuicji, więc taki sytuacje mają miejsce.

Po prawej stronie można również zauważyć najwyżej położone, okresowo czynne schronisko w Tatrach – Chatę pod Rysami. W tle również same Rysy, Wysoka i mroczny Ganek.

Docieramy do ostatniego progu Doliny Mięguszowieckiej. Stąd mamy doskonały widok na Mięguszowieckie Szczyty znajdujące się na polskiej granicy i po polskiej stronie.

Oglądając dolinę nie sposób nie dostrzec mocnego polodowcowego wpływu na jej obecny kształt.

Docieramy do upragnionego Wielkiego Hińczowego Stawu. Jest to czwarte największe jezioro w Tatrach, a pierwsze największe po słowackiej stronie.

Z tego miejsca mamy już doskonały widok na Koprowy Wierch.

Odwracając się można bez trudu dostrzec Mały Hińczowy Staw.

Zbliżamy się do zakosów prowadzących na Wyżnią Koprową Przełęcz.

Ścieżka na Wyżnią Koprową Przełęcz przebiega nad wyraz sprawnie, choć momentami dla niewprawionego turysty delikatna ekspozycja może dać się we znaki. Nawet w tak trywialnym terenie należy uważać.

W ostatniej części podejścia ścieżka jest ubezpieczona drewnianymi schodami.

Z tego miejsca mamy świetny widok na Wielki Hinczowy Stawy i całą Dolinę Mięguszowiecką.

Docieramy na Wyżnią Koprową Przełęcz 2180 m.n.p.m. Z tego co słyszę część osób tutaj odpada, w powietrzu czuć deszcz i burzę, a część osób z kolei przeraża rzekoma ekspozycja. Jak się później szlak nie był tak prosty i oczywisty jak zakładałem.

Krótka przerwa na prowiant, rzut oka na trawiaste podgórze i ruszamy.

Po pokonaniu kilkudziesięciu metrów dostrzegam, że chmur jest coraz więcej. Otaczają one między innymi mój wymarzony Ganek.

Patrząc z tej perspektywy w drugą stronę mam doskonały widok na Grań Baszt i Szatana, który nad nią króluje.

Podejście robi się coraz bardziej strome, a mój towarzysz zaczyna nadawać mocnego tempa.

Na szerokiej grani wyodrębnia się widok na drugą stronę. Jest to Dolina Hlińska i górujące nad nią szczyty.

Ku mojemu zaskoczeniu grań coraz mocniej zaczyna przypominać grań i robi się coraz węziej. Bardzo mi to pasuje.

Pojawia się również to czego kompletnie na Koprowym Wierchu się nie spodziewałem – ekspozycja. Zaczyna ona przytłaczać mojego towarzysza, który pierwszy raz w życiu jest w Tatrach. Gdzieś w tym momencie towarzyszysz przestaję kontynuować wędrówkę ze względu na obawy przed ekspozycją. Kontynuuje zatem samotnie, a chmury zaczynają być coraz gęstsze.

Podchodzę powoli w stronę szczytu i nie zatrzymuje się, ponieważ pogoda robi się coraz gorsza, a towarzysz czeka w średnio dogodnym miejscu.

Zaczyna padać. Na tzw. atak szczytowy decydują się dwie osoby i ja.

Niektóre momenty naprawdę zaskakują mnie jak coś określane jako „łatwy szlak”. Mokra skała utrudnia nieco podejście.

Odwracam się. Wygląda to pięknie i mrocznie.

Docieram prędko do samego szczytu. Staję w najwyższym punkcie, na próżno jednak szukać jakichkolwiek widoków bowiem znajduję się w chmurze. Na domiar złego to już nie opady deszczu a ulewa.

Nie czekam i zaczynam czujne zejście. Za mną idzie osoba, która sugeruje mi badanie skał podczas mniej bezpiecznego zejścia. Jeszcze nigdy w Tatrach nie dopadł mnie deszcz, a chwilę już je odkrywam. Tutaj nie dość, że mnie dopadł to jeszcze na samym szczycie.

Odnajduje towarzysza i schodzimy początkowo ostrożnie później nieco szybciej. Myślałem, że zejście przy takiej pogodzie będzie gehenną jednak tak naprawdę nie ma żadnych różnic w moich mniemaniu względem suchej skały, wręcz przyczepność bywa lepsze. Może bredzę – nie wiem. Poniżej osoby chowające się przed deszczem w kamiennej wnęce.

W błyskawicznym, szybszym niż pokazywanym przez drogowskazy czasie docieramy do schroniska przy Popradzkim Stawie.

Tutaj raczymy się piwem zeroprocentowym.

Bonusowo decyduję się na powrót tzw. Starą Drogą czyli szlakiem zielonym z którego można odbić na szlak żołty, który prowadzi na Symboliczny Cmentarz Tatrzański. Na tą opcję jednak dziś się nie decydujemy.

Szlak nie jest niczym nieciekawym, prócz tego, że jest rzadziej używany. Ot przeciętny, tatrzański szlak. Przecinamy rzekę Limbowiec i docieramy do rozejścia szlaków.

Od rozejścia drogę znam już doskonale. Ponownie w rekordowym czasie wracamy na parking i wracamy do domu.